sobota, 25 lipca 2015

Smoczkowe szaleństwo - testujemy smoczek NUK

Zacznę od tego, że smoczków w naszym domu jest pod dostatkiem, choć nie zakupiłam ani jednego.



Jednak z uwagi na sentyment do smoczków firmy NUK, zgłosiłam się do testowania smoczka z najnowszej kolekcji. Pamiętam smoczki małej Alusi, miała takie z krecikiem, właśnie firmy NUK. Do dziś mamy schowane w pudełku z pamiątkami. Udało się, wybrano nas i już po kilku dniach smoczek był u nas.


Nie mogłam się już doczekać, kiedy zaczniemy testowanie a co się z tym wiąże, kiedy urodzi się moja kruszynka :)
Jednak, gdy testerka pojawiła się już na świecie, wcale nie potrzebowała smoczka. Jadła z mamusi cycuszków a potem spała. I tak przez cały pobyt w szpitalu. No to sobie potestowałyśmy, pomyślałam. Trudno, na siłę dawać nie będę. Najśmieszniejsze w tym wszystkim, że smoczków u nas od groma a córcia ich nie potrzebuje. Wrzuciłam więc smoczek do torby wózkowej i na jakiś czas o nim zapomniałam.
Zapomniałam, aż wydarzyło się to.
W skrócie o karmieniu: po tym jak z moich brodawek sączyła się krew, pokrywały je wielkie strupy a ja na widok otwartych ust córki płakałam, zaczęłam odciągać pokarm laktatorem i podawałam butelką. Taki plan aby wygoić brodawki by powrócić do karmienia, tym razem w kapturkach ochronnych.
Cztery dni temu wybraliśmy się rodzinnie nad zalew. Mąż z Alusią taplali się w wodzie, ja z Amelką spacerowałyśmy. Było super, nagle moje beztroskie spacerowanie przerwała jedna myśl: BUTELKA a raczej jej brak. Spakowałam wodę w termosiku, spakowałam mleko w pojemniczku, pieluszki, chusteczki, ubranka na zmianę, kocyk itp. Przed wyjściem miałam dopakować butelkę. Zapomniałam.
Amelka, właśnie wtedy zaczęła się powoli wybudzać. Szybka akcja - wracamy do domu.
W drodze, Amelia była już tak zniecierpliwiona, że nie chciała przestać płakać. A przed nami ok. 20 km. W desperacji spojrzałam na swoje piersi ale tylko dotknęłam brodawki a poczułam jakby wbito w nią miliony szpilek. Wtedy przypomniałam sobie o smoczku. Taaadaaam. Początkowo musiałam potrzymać chwilowo zanim się przyssała. Ale na szczęście załapała o co chodzi. Resztę drogi pokonaliśmy bez płaczu. W domu czekał odciągnięty pokarm mamusi, trzeba tylko podgrzać. Amelka w tym czasie przyssana do smoczka, nawet udało się zmienić pieluszkę.
Od tej pory smoczek pomaga nam w kryzysowych momentach. Kiedy córka jest najedzona, przebrana i wytulona, nie potrzebuje go ale zawsze mamy go pod ręką :)


Cóż mogę powiedzieć o smoczku. Jest lekki, miękki - idealny dla małej buzi dziecka, ma anatomiczny kształt. Wspaniała kolorystyka. Atutem jest ochronna nakładka, kiedy chcemy zabrać smoczek ze sobą w torebce. Z czystym sumieniem mogę polecić smoczki NUK.
Jeśli chcecie poczytać więcej, zapraszam na stronę http://www.promocjedlamam.pl/
Można obejrzeć inne wzory i kolory.
Podoba mi się niejeden ale chyba poczekamy aż Amelia przejdzie na większy rozmiar bo utoniemy w smoczkach. W smoczkach i grzechotkach :)





Jestem na świecie

Ciąża mijała mi pod znakiem przewlekłego zapalenia zatok. Do tego dolegliwości ciążowe, starsza córka, dla której musiałam mieć czas, nie wspominając już o codziennych obowiązkach. Mało mnie tu było albo i nawet wcale. Czy teraz się coś zmieniło? O tak. Doszły nowe obowiązki :)
Ale wszystko po kolei.
Ponieważ pierwszy mój poród zakończył się nagłym cesarskim cięciem, tym razem marzył mi się poród naturalny. Przygotowywałam się do niego psychicznie, korzystałam z porad specjalisty (kardiolog - kołatania serca), uczęszczałam do szkoły rodzenia aby przypomnieć sobie, jak radzić sobie podczas porodu.
Już w 35 tygodniu zaczęły się dość silne skurcze, stawianie brzucha i inne bóle zwiastujące, że dzidzi śpieszy się do porodu. Na szczęście udało się ją przekonać, farmaceutycznie i odpoczynkiem mamy, aby jeszcze chwilę pomieszkała w brzuchu.
I tak to sobie wzięła kruszynka do serca, że gdy nadszedł czas, ona nie chciała opuścić brzuszka mamy.
Wybrałam się więc na wizytę kontrolną. Pani doktor mnie zbadała, poza lekkim skróceniem szyjki, nic się nie dzieje. Zapytała ile waży dziecko. 3600 g odparłam. Na co ona, po obmacaniu mojego brzucha, że tyle to ważyła kiedyś, teraz to ma ponad 4 kilo. Niestety nie puści mnie do porodu naturalnego. Umówiłyśmy się, że zgłoszę się do szpitala 14 lipca. Znałam już termin narodzin mojej córki.
Gdy wyszłam z gabinetu rozpłakałam się jak dziecko. Niby wiedziałam, że to dla dobra mojego, a przede wszystkim mojej córci. Jednak tak bardzo było mi przykro, że już nigdy nie zaznam, co to poród drogami natury.
Te kilka dni od wizyty, dłużyły mi się okropnie. W końcu nadszedł ten dzień.
W szpitalu byliśmy już o 8:00. Rejestracja, potem niezbędne badania i decyzja - tniemy jutro. Jutro?
Wysłałam męża po drożdżówkę, w końcu nic nie jadłam od kolacji, do tego poranne wymioty...
Kiedy zjadałam ze smakiem trzeciego kęsa buły, przyszła pani doktor z nowiną, zmiana planów, cięcie będzie dziś. I niestety z racji tej nieszczęsnej drożdżówki, narodziny mojej córki odłożono do godziny 17.
To czekanie....
Potem poszło już sprawnie. Tym razem przeżywałam wszystko bardzo świadomie. Ponieważ cc było planowane, wszystko odbywało się powoli, etapami. Przy pierwszej cesarce, zanim skończyłam podpisywać zgodę, już miałam cewnik i wenflon :)
Potem poszłam na salę operacyjną. Nic nie bolało, choć czułam każdy ruch. Pamiętam pierwszy krzyk córki. To był potężny płacz silnej kobietki. Kiedy ją oczyścili i przyłożyli do twarzy, płakałam jak dziecko. Była taka miła, ciepła, pachnąca i ... różowa. Wszyscy się zachwycali kolorem jej skóry, chwalili mnie, że mamusia dobrze dotleniła córcię :)
4080 g szczęścia
55 cm radości'
10 pkt w skali Apgar
Oto jest na świecie moja druga córeczka, moje drugie szczęście.

Pierwsze zdjęcie:

Odpoczywamy:


Odwiedziny starszej siostry:



Nie ma, że boli, mama czyta najlepiej:





Jesteśmy w domku:


Pierwsza kąpiel:


Pierwszy spacer: