Zacznę od tego, że smoczków w naszym domu jest pod dostatkiem, choć nie zakupiłam ani jednego.
Jednak z uwagi na sentyment do smoczków firmy NUK, zgłosiłam się do testowania smoczka z najnowszej kolekcji. Pamiętam smoczki małej Alusi, miała takie z krecikiem, właśnie firmy NUK. Do dziś mamy schowane w pudełku z pamiątkami. Udało się, wybrano nas i już po kilku dniach smoczek był u nas.
Nie mogłam się już doczekać, kiedy zaczniemy testowanie a co się z tym wiąże, kiedy urodzi się moja kruszynka :)
Jednak, gdy testerka pojawiła się już na świecie, wcale nie potrzebowała smoczka. Jadła z mamusi cycuszków a potem spała. I tak przez cały pobyt w szpitalu. No to sobie potestowałyśmy, pomyślałam. Trudno, na siłę dawać nie będę. Najśmieszniejsze w tym wszystkim, że smoczków u nas od groma a córcia ich nie potrzebuje. Wrzuciłam więc smoczek do torby wózkowej i na jakiś czas o nim zapomniałam.
Zapomniałam, aż wydarzyło się to.
W skrócie o karmieniu: po tym jak z moich brodawek sączyła się krew, pokrywały je wielkie strupy a ja na widok otwartych ust córki płakałam, zaczęłam odciągać pokarm laktatorem i podawałam butelką. Taki plan aby wygoić brodawki by powrócić do karmienia, tym razem w kapturkach ochronnych.
Cztery dni temu wybraliśmy się rodzinnie nad zalew. Mąż z Alusią taplali się w wodzie, ja z Amelką spacerowałyśmy. Było super, nagle moje beztroskie spacerowanie przerwała jedna myśl: BUTELKA a raczej jej brak. Spakowałam wodę w termosiku, spakowałam mleko w pojemniczku, pieluszki, chusteczki, ubranka na zmianę, kocyk itp. Przed wyjściem miałam dopakować butelkę. Zapomniałam.
Amelka, właśnie wtedy zaczęła się powoli wybudzać. Szybka akcja - wracamy do domu.
W drodze, Amelia była już tak zniecierpliwiona, że nie chciała przestać płakać. A przed nami ok. 20 km. W desperacji spojrzałam na swoje piersi ale tylko dotknęłam brodawki a poczułam jakby wbito w nią miliony szpilek. Wtedy przypomniałam sobie o smoczku. Taaadaaam. Początkowo musiałam potrzymać chwilowo zanim się przyssała. Ale na szczęście załapała o co chodzi. Resztę drogi pokonaliśmy bez płaczu. W domu czekał odciągnięty pokarm mamusi, trzeba tylko podgrzać. Amelka w tym czasie przyssana do smoczka, nawet udało się zmienić pieluszkę.
Od tej pory smoczek pomaga nam w kryzysowych momentach. Kiedy córka jest najedzona, przebrana i wytulona, nie potrzebuje go ale zawsze mamy go pod ręką :)
Cóż mogę powiedzieć o smoczku. Jest lekki, miękki - idealny dla małej buzi dziecka, ma anatomiczny kształt. Wspaniała kolorystyka. Atutem jest ochronna nakładka, kiedy chcemy zabrać smoczek ze sobą w torebce. Z czystym sumieniem mogę polecić smoczki NUK.
Jeśli chcecie poczytać więcej, zapraszam na stronę http://www.promocjedlamam.pl/
Można obejrzeć inne wzory i kolory.
Podoba mi się niejeden ale chyba poczekamy aż Amelia przejdzie na większy rozmiar bo utoniemy w smoczkach. W smoczkach i grzechotkach :)






